Producenci

Kosynierzy Warszawscy. Historia 303. Warszawskiego Dywizjonu Myśliwskiego im. Tadeusza Kościuszki - z boju i życia

Dostępność: na wyczerpaniu
Wysyłka w: 14 dni
Cena w innych sklepach: 36,90 zł
ilość szt.

towar niedostępny

dodaj do przechowalni
Ocena: 0
Kod produktu: 20671910_20210326170619

Opis

Szkopy w dalszym ciągu systematycznie robią naloty, nawet i w czasie posiłków.

I tak mieliśmy dziś alarm w czasie śniadania, obiadu i teraz o godz. 16.30 w czasie podwieczorku.

Prócz tego Jasio ma sporo pretensji do krawca, który poci się nad naszymi mundurami. – Oho! Alarm! Godz. 16.35 – do maszyn!

Startujemy. Po dwudziestu minutach lotu jesteśmy nad Kanałem. Oglądamy Dover i południowo-wschodnią Anglię z wysokości 20 000 stóp. Oho, są i Me. 109 w liczbie dziewięciu. Zaczyna się kotłowanie. Mimo tego, że przyszli od słońca, bali się atakować, gdyż było nas dwunastu. Zrobiliśmy ze sobą tylko kilka rund i walka niby się skończyła. Lecz dwu z nich zaatakowało nas powtórnie od słońca, ale im to nie uszło. Trzy „Hurricany” zainteresowały się tą odważną dwójką. Zaczął się pościg w stronę Francji. Me. 109 jakoś się rozeszły w ucieczce. Ja zaś, wybrawszy sobie jednego, postanowiłem go zrąbać. Włączyłem „emergency boost” i jakoś zacząłem go dochodzić, może dzięki temu, że szkop wiercił nerwowo maszyną. Wywrócił maszynę na plecy i ku memu zdziwieniu wykończył całą beczkę. To wszystko dzieje się w nurkowaniu. Na 250 metrach otworzyłem ogień, zaznaczając szkopowi po trzykroć krótkimi seriami, że jego koniec jest bliski. Wszystkie manewry powtarzam za szkopem, a ponieważ mnie to lepiej wychodzi,, zbliżam się jeszcze o 50 metrów. Z 200 metrów znowu zasypuję go seryjką. Za chwilę powinien się zapalić, lecz jakoś wydawał mi się strasznie twardy – musiał być dobrze opancerzony. Strzelałem bez poprawki. Jesteśmy obaj nad brzegiem francuskim. Znurkowaliśmy z 20 000 stóp do 10 000. Tutaj szkop postawił Me. na łeb, ja za nim i oddaję serię. Zostałem nie lada zaskoczony ciemnością, lub raczej zaćmieniem szyby. Oczywiście nawaliły przewody oleju i stąd cała tragedia. Skończyłem pościg, zrobiłem skręt i wracam do Anglii.

Duszę mam teraz na ramieniu, żeby mnie ktoś nie przyłapał. Otwieram kabinę, ocieram chustką szybkę przeciwpancerną. W tym momencie z rur wydechowych zaczynają buchać kłęby bardzo gęstego dymu, co przeraża mię i zmusza do odpięcia pasów na wszelki wypadek. Jeżeli się „grat” zapali, trzeba będzie skakać. A Kanał nie wygląda zbyt zachęcająco. Silnik zaczyna gwałtownie trząść. Wyłączam kontakty i benzynę. Planuję.

Całe szczęście, że nad brzegiem francuskim miałem jeszcze 10 000 stóp wysokości. Anglia zbliża się dość szybko. Dwa Hurricany: por. Paszkiewicz i ppor. Łokuciewski osłaniają mój powrót. Nad brzegiem angielskim nad Dover osłania mię sierż. Rogowski. Postanowiłem lądować przymusowo. Pasy zapiąłem. Wybrawszy najmożliwsze i najdogodniejsze pole, bez specjalnych przeszkód, wylądowałem z wysuniętym podwoziem i klapami. Pod koniec wybiegu maszyna oparła się o krzaki. Lądowanie odbyło się po 50 minutach lotu, w miejscowości Elvengton Eytone Nr. Dover, Kent. Ludność przyjęła mię nadzwyczaj serdecznie. Samochodem odwieziono mię do kwatery artyleryjskiej, gdzie zostałem ugoszczony kolacją. Zabrawszy amunicję z maszyny, o godz. dziewiątej wieczorem wyjechałem specjalnie zamówionym samochodem, a o dwunastej byłem w łóżku w Northolt.

 


Powyższy opis pochodzi od wydawcy.

Opinie o produkcie (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl